Być podobnym do jezusa oznacza chcieć tego, Notatki'z Religia. Adam Mickiewicz University in Poznan
hieronymi_discipulus
hieronymi_discipulus5 października 2015

Być podobnym do jezusa oznacza chcieć tego, Notatki'z Religia. Adam Mickiewicz University in Poznan

DOCX (150 KB)
8 strona
1000+Liczba odwiedzin
Opis
Sull'assomigliarsi al Cristo Gesù
20 punkty
Punkty pobierania niezbędne do pobrania
tego dokumentu
Pobierz dokument
Podgląd3 strony / 8

To jest jedynie podgląd.

3 shown on 8 pages

Pobierz dokument

To jest jedynie podgląd.

3 shown on 8 pages

Pobierz dokument

To jest jedynie podgląd.

3 shown on 8 pages

Pobierz dokument

To jest jedynie podgląd.

3 shown on 8 pages

Pobierz dokument

"Być podobnym do Jezusa oznacza chcieć tego, czego chce Jezus, a nie chcieć tego, czego On nie chce. To także umiejętność patrzenia na świat Jego oczami, dostrzegając w każdym człowieku coś świętego i nietykalnego" - wyjaśnia o. Krzysztof Pałys OP w rozmowie z Malwiną Kocot. Malwina Kocot: Dlaczego mówimy o naszym podobieństwie do Jezusa, pomimo naszej grzeszności i słabości? Krzysztof Pałys OP: Nie słabość jest tutaj przeszkodą, ale nasza wolna wola. Co to byłby za Bóg wszechmocny, gdyby sobie z naszym grzechem nie mógł poradzić? W Starym Testamencie Bóg był kimś Najwyższym, Mocnym - kimś, kogo żaden Żyd nie ośmieliłby się przedstawić w jakikolwiek sposób. Jednak po przyjściu Jezusa otrzymujemy zachętę, aby zwracać się do Boga jak do kogoś najbliższego. W jakiej innej religii mogę mówić do Boga: "Ojcze", "Tato"? A jak mamy Boga poznawać i naśladować? Nie ma innego sposobu, niż poprzez wejście na drogę Ewangelii. Kiedy zaczyna się żyć Bożym Słowem, nagle pewne rzeczy jakby dzieją się same. Nasza niemoc i poczucie nieodpowiedniości nie jest tutaj żadną przeszkodą. Bohaterowie Biblii bardzo często nie czuli się ani silni, ani odważni. Stawali się tacy dopiero w odpowiednim czasie i miejscu, nagle i niespodziewanie. Samsona nazywano silnym, a jednak on sam nie czuł nadnaturalnej siły, którą go Pan obdarzył. Ale jeśli zachodziła taka potrzeba, Bóg dawał mu siłę do pokonania lwów i nieprzyjaciół. Bóg nie robi niczego na próżno. Nie daje nam charyzmatów, jeśli nie ma potrzeby ich zastosowania. Dlaczego jedni potrafią rozpoznawać w drugim człowieku Jezusa, a inni nie? Czy jesteśmy w stanie kochać każdego człowieka? Kochać to chcieć dla kogoś dobra. W Filokaliach, ogromnym zbiorze tekstów z zakresu ascetyki chrześcijańskiej, nieustannie powtarza się wątek dotyczący oczyszczenia serca. Mnisi, dzieląc się swym doświadczeniem, mówią, że jeśli człowiek ma czyste serce - może nie tylko otrzymać Jezusowy pokój, ale i zobaczyć świat w taki sposób, w jaki widzi go Bóg. Pomaga w tym mądrze przeżywana asceza (która jest prawdziwą "dietą oczyszczającą"), modlitwa, Słowo Boże i łaska uświęcająca. Dzięki temu "duchowe zmysły" stają się wyostrzone. Czy spotkał Ojciec ludzi naprawdę podobnych do Jezusa? Po czym można ich poznać? Po tym, że kontakt z taką osobą wzbudza we mnie tęsknotę za czymś więcej, otwiera na duchową rzeczywistość.

Spotkałem w swoim życiu ludzi, którzy doświadczyli ogromnego cierpienia i zła, a jednak są przepełnieni jakimś niewytłumaczalnym pokojem i światłem. Jezusa często zdarza mi się odkrywać także w nieoczekiwanych miejscach.

Kilka lat temu jechałem z sześćdziesięcioma studentami autostopem do Rzymu, na spotkanie z Benedyktem XVI, w ramach zlotu Taizé. Wraz ze współbratem utknęliśmy na północy Włoch i siedemnaście godzin spędziliśmy na stacji benzynowej. Był przeraźliwy mróz, nie mieliśmy noclegu ani możliwości ogrzania się. Po nieprzespanej nocy miałem wrażenie, że zaraz zemdleję - tak bardzo byłem zmęczony. Choć byliśmy w habitach, patrzono na nas z politowaniem, a czasem i z pogardą. Poczułem się jak bezdomny - zupełnie bezsilny. Pomógł nam wówczas Giuseppe, mężczyzna wychowany w środowisku neapolitańskiej Camorry, oraz jego przyjaciel Ali, muzułmanin z Algierii. Takich przykładów, kiedy doświadczałem od ludzi bezinteresownej życzliwości - mógłbym przytoczyć dziesiątki. Tam, gdzie jest dobro, zawsze spotkamy Pana Boga. W życiu często spotykamy ludzi trudnych - skrzywdzili nas, nie potrafimy im wybaczyć i trudno nam uwierzyć, że jest w nich coś świętego. Jak sobie z tym poradzić? Przecież gdybym miała świadomość tego, że w tym człowieku jest Jezus, to nie miałabym ochoty go rozszarpać. Przebaczyć, według Jezusa, to myśleć o tym, jak doznane zło wykorzystać w budowaniu dobra. Ewangelia podpowiada: jeśli potrafisz - ofiaruj swoje zranienie w intencji osoby, która cię zraniła. A wówczas zło przemieni się w dobro. To jest jednak życie nadprzyrodzone. Zadana rana może być tym, co pomoże ci bardziej zjednoczyć się z Bogiem. Kto wie, może kiedyś On podeśle do ciebie ludzi z podobnym doświadczeniem i wówczas będziesz najlepszą osobą, aby kogoś takiego zrozumieć i wesprzeć?

Mam jednak świadomość, że przebaczenie to bardzo trudny temat. Zranienie ma bowiem tendencję do tego, aby umacniać nasze skupienie na sobie. A wtedy rozpamiętujemy i rozdrapujemy doznaną krzywdę, ewentualnie planujemy odwet. Problem w tym, że taka postawa przypomina picie trucizny z nadzieją, że zaszkodzi tej drugiej osobie. Nie przyniesie nam to ani pokoju, ani wolności.

Słyszałem kiedyś relację byłego więźnia nazistowskiego obozu koncentracyjnego. Po trzydziestu latach od wyzwolenia był w odwiedzinach u przyjaciela, który wraz z nim przebywał w Auschwitz: - Nadal nie mogę przebaczyć nazistom i ciągle trawi mnie nienawiść do nich - wyznał przyjacielowi. - W takim razie oni nadal mają nad tobą władzę i nadal jesteś ich więźniem - usłyszał w odpowiedzi. A po czym poznam, że już przebaczyłam? Po braku urazy i nienawiści? Przebaczenie to najpierw decyzja, uczucia są uzdrawiane w dalszej kolejności. Na początku modlitwa może polegać jedynie na tym, że szczerze i uczciwie mówię Bogu, że nie potrafię tego człowieka kochać takim, jaki jest. "Ale pomóż mi, Panie, bym nie chciał dla niego zła."Modlitwa skargi ma ogromną moc, tak modlili się psalmiści, prorocy - nierzadko przepełnieni goryczą. Choćby wówczas, gdy pytali Boga: "Dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom?".

Nienawiść zabija najpierw nas samych. Jeśli żyjemy nienawiścią do kogoś i wciąż rozdrapujemy wyrządzoną nam krzywdę, to gdy taki stan trwa zbyt długo - krzywdziciel dalej nas więzi. Stajemy się ludźmi zgorzkniałymi i nieszczęśliwymi. Podobnie jeśli zbyt długo wpatrujemy się w zło - zaczyna zalewać nas ciemność. Prorok Amos dał nam kapitalną wskazówkę na szczęśliwe życie: "Szukaj dobra, a nie zła, a będziesz żył" (por. Am 5,14). Wpatrywanie się w ciemność sprawia, że staje się ona częścią nas samych. Kontakt ze światłem natomiast - przynosi życie. Jednak to od nas zależy, co chcemy w sobie pielęgnować. Przebaczenie zawsze wymaga czasu? Przeważnie tak, ale najpierw wymaga decyzji. Kilka lat temu miałem okazję podróżować autostopem po Bałkanach. Jechaliśmy ze współbratem przez rejony, w których widać jeszcze było ślady po wojnie. Wyczuwaliśmy napięcie. Momentami musieliśmy ściszać głos, choćby wówczas, gdy rozmawialiśmy z kombatantami wojennymi, z osobami, które musiały strzelać do innych. Młody chłopak z Sarajewa pokazywał blizny na brzuchu po odłamkach granatu. Wielu straciło na wojnie najbliższych. Kosowo, Bośnia, Serbia, Hercegowina - wiele pretensji do siebie nawzajem, wiele żalu i bólu, żaden z tych krajów nie może powiedzieć, że zyskał na wojnie. Wszyscy stracili. Ogromna ilość żalu i nienawiści do siebie nawzajem - każdy ma swoje racje, więc można tak w nieskończoność.

Przebaczenie nie jest dowodem słabości człowieka, lecz jego mocy. Tu przebaczający odnosi zwycięstwo, gdyż uzyskuje wolność od krzywdziciela. Przebaczyć to nie oznacza zapomnieć, ale przestać żyć nienawiścią, która zabija mnie samego. A z pomocą Chrystusa to wyzwolenie jest możliwe.

bp. Grzegorz Ryś, Słowo jednania Pierwotnie tekst ukazał się w kwartalniku PASTORES 58(2013) nr 1

Jeśli Chrystus nie jest ważniejszy, nie jest też Panem! Wrogość w imię wykształcenia, religii, narodu jest formą bałwochwalstwa!!! "W Chrystusie Bóg jednał z sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania" - pisze św. Paweł (2 Kor 5,19). Druga składowa tego zdania brzmi dosłownie: "umieszczając w nas słowo jednania". Nie chodzi więc o takie słowo, które Bóg jedynie wypowiada do nas; chodzi o słowo, które w nas umieszcza!

Tak też Pawłowy tekst przetłumaczył św. Hieronim w Wulgacie: posuit in nobis verbum reconciliationis. "Słowo jednania" (gr. logos teskatallages). Aż trudno nie zapytać: jakie to słowo?! Warto by było znać to "słowo", złożone w nas przez Boga, zdolne neutralizować niezliczone podziały, których w bolesny sposób na co dzień doświadczamy: w świecie, w społeczeństwie, między narodami, w Kościele, w domu, w sąsiedztwie, w rodzinie - podziały zawinione i niezawinione, odziedziczone (trwające pokoleniami) i całkiem nowe, usuwalne i nieusuwalne. Które ze znanych nam słów kryje w sobie taką siłę/zdolność jednania? "Przepraszam"? "Wybaczam"? "Proszę o wybaczenie"? "Nie szkodzi"? "Zapomnijmy"? Chyba jednak żadne z nich...

Z pomocą przychodzi inny tekst Pawłowy - zaczerpnięty z Listu do Kolosan: "już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus" (Kol 3,11). Oto precyzyjnie wskazane "słowo (Słowo! Logos!) jednania", które - umieszczone w nas (we wszystkich) przez Boga - jedna to, co niepojednywalne; sprawia, że podziały (wręcz antagonizmy!) religijne (obrzezany - nieobrzezany), społeczne i klasowe (niewolnik - wolny), kulturowe (Grek - barbarzyńca), polityczne i historyczne (Grek - Żyd) wprawdzie nie zanikają, lecz tracą naraz zasadnicze znaczenie: Chrystus, Logos - Słowo Boga, wcielone w Jezusie z Nazaretu i następnie "umieszczone" w każdym z nas, określa naszą tożsamość bardziej niż wykształcenie, narodowość, pozycja społeczna, a nawet religia!

Cenię sobie niezwykle to, że jestem Polakiem; jestem wdzięczny moim profesorom za wykształcenie; kocham mój język, z pasją studiowałem i studiuję naszą przeszłość; byłem rektorem seminarium, a teraz jestem biskupem; ale to, kim jestem i jaka jest moja godność (wcześniejsza niż to wszystko i nieusuwalna!), wynika z faktu stworzenia i chrztu: jestem chrześcijaninem - jestem Chrystusowy - On jest we mnie jako Kapłan, Prorok i Król. To decyduje o wszystkim. Jest najważniejsze. Bo to On jest Bogiem! Nie moja narodowość, nie wykształcenie i nie funkcja w Kościele.

Obok mnie żyją inni: oto Rosjanin, Holender czy Niemiec, Afgańczyk, Nigeryjczyk czy Kazach. Oto Polak - kolega z pracy, wykształcony lepiej lub gorzej ode mnie, zarabiający więcej lub mniej. Oto luteranin, a obok niego prawosławny; ten jest katolikiem, ale mniej lub bardziej ode mnie postępowym. Przeszłość lub teraźniejszość każdego z nich może być, i bywa, tym, co czyni nas przeciwnikami, rywalami, obcymi...

Tym jednak, co najgłębiej określa tożsamość każdego z nich, jest rzeczywista - nawet jeśli niekoniecznie świadomie przeżywana - obecność Chrystusa w nich. On już w dziele stworzenia jednoczy się wewnętrznie z każdym człowiekiem (wpisany weń jako obraz i podobieństwo Boga - por. Rdz 1,26; Kol 1,15), a następnie zbawia go przez wcielenie i odkupienie. On jest w każdym z nich! Tak, jak jest we mnie. To, że jest we mnie - i że to jest dla mnie ważne - powinno mnie uwrażliwić i wyczulić na Jego obecność w każdym.

Jest mi to dane i zadane: zobaczyć Go w nich. Zwłaszcza wtedy, gdy różnice między nami przekształcają się we wrogość. Kiedy moje doświadczenie polskości generuje we mnie podejrzliwość wobec Rosjanina; kiedy moje wyznanie podpowiada mi dystans do "heretyków"; kiedy czyjaś (co z tego, że katolicka?!) wrażliwość religijna niczym we mnie nie rezonuje, albo rezonuje poczuciem wykluczenia (bo np. nie umiem się modlić tak, jak "charyzmatycy", lub nie rozumiem "monotonii" Różańca); kiedy moja pensja (duża, ale równie dobrze mała!) lub pochodzenie czy wykształcenie stają się słupami granicznymi, wręcz szlaba nami światów, w których bywam (wyłącznie) lub (nigdy) nie bywam - wtedy zlecona mi "posługa jednania" zaczyna się od tego, że w sobie i w drugim odnajduję umieszczone w nas przez Boga "Słowo jednania": Jezusa Chrystusa, a więc Tego, który jest najważniejszy.

Jeśli takim się nie okazuje, a więc, jeśli to, że On jest obecny w drugim, nie jest dla mnie wystarczającym motywem do tego, by próbować przekroczyć dzielące nas różnice i szukać pojednania, może to oznaczać, że uległem pokusie jakiegoś bałwochwalstwa. Można bowiem bałwochwalczo traktować polskość; można uczynić sobie "bałwana" z własnego wykształcenia; można być bałwochwalcą w praktykowaniu (nawet objawionej!) religii, w odniesieniu do takich czy innych form pobożności.

Jeśli Chrystus nie jest ważniejszy, nie jest też Panem! Wrogość w imię wykształcenia, religii, narodu jest formą bałwochwalstwa!!! Widać wyraźnie, jak Kościół - wtedy, gdy stara się być wierny "Słowu jednania" - chroni świat/nas przed zamienianiem tego, co jest rzeczywistym dobrem, w bożki i bałwany.

Jeden przykład - wprost z kart Nowego Testamentu. Chrześcijaninowi Filemonowi, zamieszkującemu zapewne Kolosy, zbiegł niewolnik, Onezym. Dodatkowo, uciekając, dopuścił się jakiejś kradzieży. Po czasie, być może przerażony możliwymi konsekwencjami swojego czynu, zjawił się u św. Pawła, wiedząc, jakim autorytetem dla Filemona pozostawał Apostoł. Paweł odkrył przed nim rzeczywistość wiary i przygotował go do chrztu, a następnie odesłał do Filemona - bez nakazu wyzwolenia niewolnika, ale z poleceniem przyjęcia go jako brata w Chrystusie. Tak Filemon, jak Onezym mieli pozostać w swoim stanie społecznym (pan i jego niewolnik) ze wszystkimi wynikającymi zeń prawami i obowiązkami; nie on wszakże miał w ostatecznym wymiarze decydować o ich wzajemnym odniesieniu. Najważniejsze stało się ich pokrewieństwo w Chrystusie - obydwaj zostali zrodzeni do wiary przez jednego Ojca (Boga) i jedną Matkę (Kościół w osobie św. Pawła). Zostali wezwani, by odkryć złożone w sobie "Słowo jednania" i doświadczyć rzeczywiście Jego mocy.

Jak widać, Słowo jednania jest złożone w każdym chrześcijanie - nie jest "zarezerwowane" jedynie dla kapłanów i tożsame na przykład z sakramentalnym słowem rozgrzeszenia. Jest rzeczywistością (Rzeczywistością!) wcześniejszą i fundamentalną.

bp Grzegorz Ryś

Jak nie popełnić błędów własnego ojca Matka to ta, która nosi dziecko pod sercem przez kilka miesięcy, wydaje na świat, karmi, pielęgnuje, zaspokaja jego pierwsze potrzeby. "Mama" to często pierwsze słowo małego brzdąca. Matka to osoba, do której najczęściej przychodzimy po radę i pocieszenie. Matka to..., a ojciec? No, on często zarabia na rodzinę, utrzymanie domu, coś naprawia, remontuje, zawiezie do szkoły, na zajęcia, do znajomych, wypłaci kieszonkowe. Czy czegoś jeszcze szczególnego od niego potrzebuję? Czy potrzebuję jeszcze jakichś relacji z moim tatą? Do czego mi one? Jestem pewien, że każdemu z nas, niezależnie od płci, potrzeba nie tylko relacji z matką, ale i z ojcem, i to bardzo potrzeba. Doświadczenie ojcowskiej miłości, zupełnie innej od tej matczynej, jest potrzebne, by stać się dojrzałym człowiekiem - prawdziwym mężczyzną i piękną kobietą. Tak to już Bóg stworzył ten świat, że są na nim kobieta i mężczyzna, którzy zakładając rodzinę, stają się matką i ojcem dla swoich dzieci, wzajemnie się uzupełniają i pomagają swoim dzieciom wzrastać. Każde z nich zaspokaja określone potrzeby młodego człowieka, każda ze stron inaczej wzmacnia i uczy życia zarówno chłopaka, jak i dziewczynę. Ojciec i syn

Potrzeba relacji z ojcem wynika z własnej potrzeby bycia ojcem, która jest wpisana w nasze, Panowie, powołanie. Większość z was będzie w przyszłości głowami rodzin, mężami i ojcami. Zapewne tak jak i ja chcecie być dobrymi ojcami dla Swoich dzieci i nie popełniać błędów własnych ojców, które tak łatwo się dostrzega. Być może - tak jak kiedyś ja - nie uświadamiacie sobie, że na "bycie ojcem" bardzo duży wpływ ma "bycie z własnym ojcem". To, jakie mam teraz relacje z moim tatą, wpływa na relacje, jakie będę tworzył z moimi dziećmi. Od tego więc, jak teraz do siebie się odnosimy, o czym rozmawiamy, jak wspólnie spędzamy czas, co robimy i jak to robimy, czy razem pracujemy nad czymś, jaka atmosfera

panuje między mną i ojcem - od tego może zależeć moje przyszłe ojcostwo. Także, a może i szczególnie wówczas, gdy wymaga to podjęcia próby zrozumienia, przebaczenia i naprawienia trudnych relacji. Teraz więc mogę świadomie stawiać fundamenty pod moje przyszłe ojcostwo, a także stawać się prawdziwym mężczyzną. Pomyśl także, że twoje relacje z ojcem będą wpływały także na relacje twoich dzieci z ich dziadkiem, z którym będą szukać kontaktu. Może myślisz sobie "gdzie tam mój ojciec w roli dziadka". Pamiętaj jednak, że ludzie się zmieniają, a im dłużej żyję, to widzę, że częściej, niż nam się to wydaje. Z czasem ktoś, kto wcale "nie rokował", staje się fantastycznym dziadkiem. Wiem to z własnego podwórka, widząc mojego tatę, realizującego się w roli dziadka, robiącego wiele rzeczy dla swoich wnucząt, takich, że kiedyś nigdy bym go o to nie posądził. Będąc już ojcem, być może będziesz chciał lub nawet musiał naprawić swoje relacje z własnym ojcem. Teraz może być pod wieloma względami łatwiej to zrobić: masz więcej możliwości spędzania razem czasu, prawdopodobnie razem mieszkacie, coś wspólnie robicie, a to może być okazją do jakiejś od dawna odkładanej rozmowy. Wiem, że zwykle mężczyźni mniej rozmawiają, ale czasami nie potrzeba wielu słów, by zacząć na nowo. "Umiejętności bycia ojcem" nie posiada się od razu, z chwilą narodzin własnego dziecka. Swoje ojcostwo kształtuje się przez całe życie, buduje się je także samemu, ojcostwo często się zdobywa lub wręcz o nie walczy, próbując przezwyciężyć własny egoizm, swoje wady, złe cechy charakteru i ćwicząc cnoty, rozbudowując kreatywność i wiele innych rzeczy, które przynosi życie wraz z pojawieniem się nowego człowieka potrzebującego ojca. Ojciec i córka

Kochane Panie, młode damy, czy to nie tata był waszym pierwszym "mężem"? Czy to nie on był tym, dla którego chciałyście być piękne? Czy to nie was tata bronił przed złym wilkiem? Powiecie może, że to było dawno i już nawet nie pamiętacie. Prawda jest jednak taka, że to właśnie ojciec jest pierwszym wzorem mężczyzny dla kobiety. Wzorem pozytywnym lub negatywnym, ale jest to pierwszy punkt odniesienia dla dziewczyny spotykającej innego chłopaka. Przede wszystkim relacje z ojcem mogą być miejscem zaspokojenia waszych (uświadamianych lub nie) głęboko zakorzenionych potrzeb: bezpieczeństwa, czułości, bycia ważną i wartościową osobą. Dobra więź z ojcem może pomóc wam ominąć wiele pułapek współczesnego świata, które wykorzystują brak realizacji tych potrzeb w rodzinnym domu, dając złudne ich nasycenie lub zagłuszenie. Pomyśl tylko, czy to nie ojciec chce dla ciebie wszystkiego, co najlepsze, czy nie on zapewnia ci schronienie, bezpieczeństwo i czy to nie dla niego jesteś i zawsze będziesz piękną księżniczką. Mając doświadczenie dobrych kontaktów z ojcem, masz także większe szanse lepiej wybrać tego właściwego dla siebie mężczyznę, który będzie twoim mężem i ojcem waszych dzieci. Będziesz mogła także wspomagać przyszłego męża w jego ojcostwie, doradzać mu, opierając sie na tym, co dobrego było w twoich kontaktach z tatą, a czego powinien był unikać.

Powiesz mi może, że przecież to wszystko, co wyżej napisałem, to rola ojca i to on powinien zaspokajać twoje potrzeby, i co ty masz do tego. Tak, to prawda, jednak relacja zakłada pewną współpracę po obu stronach i także ty masz w niej spory udział. Z punktu widzenia mężczyzny powiem więcej, to często właśnie córki inicjują wzajemne spotkania, rozmowy czy spacery z ojcem. Dojrzewająca dama, sygnalizująca swoje potrzeby kontaktu z tatą, staje się dla niego często impulsem do zwrócenia większej uwagi na relacje z córką. Trudne relacje z ojcem

Może i w waszym przypadku jest tak, jak u mnie kiedyś, że relacje z ojcem, łagodnie mówiąc, nie należały do najlepszych. Mimo podejmowanych prób odbudowania czy wręcz zbudowania czegokolwiek mogącego nazywać się relacją, nic nie wychodzi. Każdy ma swoją indywidualną historię, różny bagaż doświadczeń i trudno coś doradzać, ale zawsze możecie chociaż spróbować następujących rzeczy:

• zrozumieć ojca przez spojrzenie na doświadczenie jego relacji z ojcem, • przebaczyć w sercu własnemu ojcu, • modlić się za swojego ojca i o dobrą relację z nim.

Najważniejsze jednak jest nawiązanie i dbanie o dobrą relację z Bogiem, który też jest przecież naszym Ojcem, a w niektórych sytuacjach jest tym jedynym ojcem. To od Niego otrzymujemy moc, siłę i mądrość zarówno do budowania wzajemnych kontaktów z drugim człowiekiem, jak i do stawania się dojrzałym mężczyzną i dojrzałą kobietą. To Bóg jest też wzorem ojca zawsze kochającego i miłosiernego, i to mimo naszych niedomagań i słabości. Mogę wam powiedzieć, że ja spróbowałem naprawić trudne kontakty z ojcem i udało się! Dziś moje relacje z tatą są o wiele lepsze od wcześniejszych, z czego korzystamy tata, ja i moja własna już rodzina. Życzę wam i waszym ojcom, byście nie zaniedbywali wzajemnych relacji - dla dobra was samych i waszych przyszłych rodzin.

Marcin Piasecki. Od 13 lat mąż Kasi. Od 8 lat doświadcza największej, choć niełatwej przygody w życiu mężczyzny - bycia tatą dla Marysi, Asi i Stasia. Św. Hieronim, tytan pracy Życie Sofroniusza Euzebiusza Hieronima - bo takie było jego pełne imię - znamy stosunkowo dobrze i to dzięki jego własnym pismom, zwłaszcza listom oraz wstępom, w których chętnie opowiadał o sobie. Urodził się około r. 345 w Strydonie, mieście położonym na pograniczu Dalmacji i starożytnej Panonii (na terenie dzisiejszej Istrii), które jeszcze za jego życia zniszczone zostało przez Gotów. Kształcił się w Rzymie pod kierunkiem mistrzów łacińskiej prozy i poezji. Niemały wpływ wywarł nań sławny ówczesny gramatyk Donat, od którego w pewnym sensie przejął metodę swej późniejszej egzegezy, tzn. skłonność do komentowania każdego wiersza z osobna, bez zbytniej troski o kontekst. W Rzymie też przyjął chrzest, prawdopodobnie z rąk papieża Liberiusza (352-366). Na życzenie rodziny udał się następnie do Trewiru, gdzie miał rozpocząć karierę urzędniczą. Zwiedziwszy Galię, zatrzymał się potem na kilka lat w Akwilei, gdzie gorliwemu klerowi przewodniczył biskup tego miasta, św. Chromacjusz. O klerze tym napisał później, że tworzył wspólnotę świętych. Kiedy z nie znanych nam bliżej powodów grono przyjaciół uległo rozproszeniu, Hieronim wyruszył poprzez Azję Mniejszą do Ziemi Świętej, ale wyczerpany trudami musiał się zatrzymać w Antiochii u swego przyjaciela Ewagriusza. Stamtąd udał się na pustynię syryjską w pobliże dzisiejszego Aleppo. Doznał wówczas wielu przeżyć wewnętrznych. Wyczerpany surowym trybem życia, znalazł się o krok od śmierci. Po powtórnym pobycie w Antiochii, gdzie przyjął święcenia kapłańskie (377), wyruszył z powrotem do Europy. W Konstantynopolu zatrzymał się na czas dłuższy (379-382) i wtedy to nie tylko słuchał kazań Grzegorza z Nazjanzu, ale podjął się przekładu niektórych homilii Orygenesa oraz kroniki Euzebiusza z Cezarei. W roku 382 towarzyszył Paulinowi z Antiochii

na synodzie rzymskim. Wówczas to na polecenie papieża Damazego zaczął pracować nad poprawieniem starego łacińskiego przekładu Nowego Testamentu i psalmów. Przyjął też pod swe kierownictwo duchowne wiele znakomitych Rzymianek, które wtajemniczał w lekturę Biblii. Pod koniec r. 384 stracił możnego protektora i znalazł się otoczony ludźmi nastawionymi doń wrogo. Napisał więc list pełen goryczy i złośliwości i w sierpniu roku następnego opuścił Rzym. W ślad za nim pojechały jego zamożne penitentki: Paula, Eustochium i inne. Razem z nimi zwiedzał Ziemię Świętą, Egipt, klasztory w Nitrii, gdzie słuchał wykładów znakomitego znawcy Orygenesa, Didyma Ślepca. Potem osiedlił się w Betlejem (386) i tam kierował małą społecznością mniszą oraz zgromadzeniem zakonnic, które założyła Paula. Aktywności intelektualnej i polemik nie zaprzestał. Spory orygenesowskie stawały się coraz to gorętsze, a równocześnie pojawił się pelagianizm. Niemal osamotniony i spracowany, zmarł w r. 419 lub 420. Spuściznę literacką pozostawił po sobie olbrzymią. W latach 389- -395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty. Potem (391-405) wprost z hebrajskiego przetłumaczył niemal cały Stary Testament. Równocześnie napisał wiele komentarzy do ksiąg zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu. Ale jego praca tłumacza nie kończyła się bynajmniej na Biblii. Przełożył także wiele pism Orygenesa, Euzebiusza, Pachomiusza i innych. Ponadto napisał życiorysy Pawła pustelnika, Hilarego itd. W swym De viris illustribus stworzył wreszcie zarys historii literatury starochrześcijańskiej. Osobne miejsce zajmują jego pisma polemiczne skierowane przeciw Helwidiuszowi, Jowinianowi, Janowi Jerozolimskiemu, Rufinowi, pelagianom i innym. Jeśli dodamy do tego jego liczne listy, staniemy przed ogromem tak imponującym, że niemal niepodobna przypisać go jednemu człowiekowi. Nie dziwi nas przeto, że niespożyta pracowitość Hieronima, a z nią jego gorące przywiązanie do Kościoła, umiłowanie Matki Najśw., czystości, bezinteresowności i ascetyzm - przysłoniły potomnym jego niewątpliwe wady, które przejawiał w różnych okresach swego życia: skłonność do namiętnych polemik, kłótliwość, posługiwanie się inwektywami, zgryźliwość, zarozumiałość, a ponadto ciasne, jednostronne pojmowanie spraw płci i pogardę dla małżeństwa. Największym dziełem Hieronima jest Wulgata, która dzięki uchwale soboru trydenckiego stała się na kilka stuleci oficjalnym tekstem Kościoła. Warto jeszcze zauważyć, iż martyrologium zwane Hieronimiańskim nie jest dziełem Hieronima, ale późniejszym tworem galloromańskim. Kościół czci Hieronima w dniu 30 września jako jednego z czterech wielkich doktorów Zachodu oraz patrona egzegetów. Artyści, dla których wydawał się zawsze tematem wdzięcznym, przedstawiali go już to jako mnicha - tytana pracy, już też z insygniami kardynalskimi, aluzją do tego, że sekretarzował papieżowi Damazemu. Jego atrybutem jest zazwyczaj księga, ale nieraz także oswojone lwiątko lub ukazująca się nad jego głową trąba sądu ostatecznego. Dodajmy w końcu, iż istnieją cztery kongregacje hieronimitów - zgromadzenia eremitów, którzy obrali sobie za patrona świętego Doktora.

komentarze (0)

Brak komentarzy

Bądź autorem pierwszego komentarza!

To jest jedynie podgląd.

3 shown on 8 pages

Pobierz dokument