






















Studiuj dzięki licznym zasobom udostępnionym na Docsity
Zdobywaj punkty, pomagając innym studentom lub wykup je w ramach planu Premium
Przygotuj się do egzaminów
Studiuj dzięki licznym zasobom udostępnionym na Docsity
Otrzymaj punkty, aby pobrać
Zdobywaj punkty, pomagając innym studentom lub wykup je w ramach planu Premium
Byli zresztą Sarmaci świadomi swej strojnej inności, swej poniekąd „pogańskości”. ... kim klatki piersiowe, ramiona, bary, umięśnione łydki i uda.
Typologia: Prezentacje
1 / 30
Ta strona nie jest widoczna w podglądzie
Nie przegap ważnych części!























Sarmaci bez ciała?!
Na traf Wczoraj u gładkiej dziewczyny Na wierzchu białej pierzyny W idziałem serc naszych mękę: Białą i śniegową rękę, Szyję mleczną, usta krwawe, Złoty włos, oko łaskawe; A co niżej szyje było, Zazdrościwe płótno kryło. Rzekłem: napaśmy tym wzroki, To oczu naszych obroki.
Czy „grubi sarmatowie” po- siadali w ogóle ciało? Odpowiedź nie jest łatwa, jako że przekazów w tej materii mamy niewiele, a dowody na istnienie takowego nie są nie do zbicia. Toteż nie będę się starał przeprowadzać dowodu, że owo ciało istniało rzeczywiście, przyjmując tę hipo- tezę jako roboczą. Bowiem nawet wówczas, gdyby ktoś zechciał dołożyć starań i z owych nielicznych dowodów zbudować twierdzenie wręcz przeciwne, sam przecież wywód nie musi się stać bezpodstawny. Sarmatowie być może nawet nie posiadali ciała, co wszelako nie znaczy, że nie mieli ustosunkowywać się do samego problemu. Historia i teraźniejszość uczy, że można nie posiadać wielu rzeczy, a jednak mieć do nich zdecydowany stosunek. Można generalnie rozróżniać dwie podstawowe funk- cje ludzkiego ciała: po pierwsze, spełnia rolę zna- ku szczególnego ludzkiej jednostki, a więc czegoś w rodzaju dowodu tożsamości w skali 1: 1; po dru- gie, wypełniając ważną rolę gwaranta ciągłości, po stopniach zm ysłów prowadzi nas w ogrody seksu, skąd już tylko furtka dzieli nas od tej całej nad- budowy, którą w zaprzeszłej nomenklaturze epok
Originalveröffentlichung in: Teksty: teoria literatury, krytyka, interpretacja, Nr. 2 (32) (1977), S. 54-
minionych określono zbiorczo terminem: dusza. Po- dejmując ryzykowną rolę charakterystyki ciała sar- mackiego w tych dwu płaszczyznach, odwoływać się będę do sztuk plastycznych i do poezji. Sam ten fakt wskazuje niezbicie, że tak kruche przesłanki nie mogą być traktowane jako wiarygodny materiał do- wodowy. Ich kruchość starcza zaledwie na budowę hipotez.
Descriptio gentium Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, tak typowa dla epoki ba- roku próba charakteryzowania poszczególnych na- rodów, zawiera krótkie, ale przecież istotne wzmian- ki o wyglądzie fizycznym ich przedstawicieli. Ponie- waż na język sarmacki rzecz całą przełożył Daniel Naborowski, możemy więc w tej dosadnej mowie dowiedzieć się, że: „Naród hiszpański / Poważny, pański, / Majestatowy, / W rozsądek zdrowy, / Z twa- rzy srogimi (...) W gestach wspaniali, / W życiu szczupłymi, / W szatach szumnymi”; Francuzi są na- tomiast: „Wzrostu małego, / Statku lekkiego, / Czar- ny włos mają”, Niemcy zaś: „Z młodu siw y- mi, / Sławni kunsztami, / I rzemiosłami (...) W ge- stach grubymi, / W mowie podłymi. / Sakramentu- ją. / Obżarci blują, / W domu chędodzy, / W płód nieubodzy”. A o Sarmatach, jako o stworach fi- zycznych, właściwie ani słowa. Tak jakby to były same dusze. I jedyna przesłanka, że jednak istnieli cieleśnie, zawiera si4 w słowach: „Tak bez frasun- ku, / Bezpiecznie żyją, / Jedzą i piją”. Może należałoby poszukać w literaturach innych nacji analogicznych deskrypcyj, może to tylko Sar- maci Sarmatów w ich cielesności nie dostrzegali.. Sądzę wszelako, że jeżeli Sarmatów dostrzegano, to bardziej jako nosicieli szumnych strojów i okazałych wąsów oraz podgolonych łbów. W Sarmacji bowiem, choć nie istniał kult ciała, to następowała jednak pewnego rodzaju sakralizacja niektórych jego skład-
Jedzą i piją bezpieczni
ale to taki sielski ideał. W rzeczywistości nie tylko na szpalerach nie zbywało, ale właśnie i na „kunter- fetach”. Obserwując jednak świat malowany, dostrzegamy jakąś zasadniczą różnicę, która dzieli go od świata pisanego. Literatura skłonna była zawsze do skraj- ności: albo idealizowała ponad miarę, albo oczerniała bez miary. Pomiędzy panegirykiem a paszkwilem rozwiera się próżnia rzetelności. W malarstwie tak jakby tylko owa rzetelność istniała. Literatura, rzadko tylko odwołując się do fizycznej istotności modela, bujała w specyficznej retoryce, w pierw- szym rzędzie w bombastycznym heraldycznym pu- stosłowiu: Oracyja nie będzie żadna bez konceptu W ziętego z herbu: albo tam z Miesiąca, albo Z Podkowy, z Krzyżów, z Mieczów, z Nałęcza lub z Łodzi — Już też dość o tym, przebóg, nie żegluj po morzu W tej Łodzi, byś zaś jako nie utonął brzydko. (K r z y sz to f O p aliń sk i) Literatura stąpała po obłokach honorów i splendo- rów, szybowała po genealogicznych niebiosach sym- boli, błąkała po makaronicznych gajach mitologii. Malarstwo stało mocno na ziemi. Niewykluczone, że znaczną rolę w tym podziale ról odgrywało społecz- ne uwarunkowanie obu gałęzi sztuki. Literaturę uprawiali przede wszystkim Waszmościowie, od naj- wyższych w Sarmacji poczynając, dalej duchowni i dopiero na końcu mieszczanie, zresztą właśnie po- przez edukację i pisarstwo torujący sobie drogę do awansu stanowego. Więc twórczość mieszczańska bliższa jest owej rzetelności sztuk plastycznych, pań- ska ma zaś charakter elitarny, obwarowany szańca- mi konwencji. Malarstwo i rzeźba ograniczone były (poza wyjątkowym i przypadkami serwitorów kró- lewskich, najczęściej przybyszy z innych krajów oraz, jeszcze rzadszymi, szlachciców parających się pędzlem, jak Krzysztof Boguszewski) do określonego stanu: mieszczaństwa i do określonej organizacji: cechu. W literaturze pan pana wychwalał lub cza-
Skrajność i rzetelność
Wytwarzanie według wzorów
sem łajał. W malarstwie, a poniekąd i w rzeźbie łyk pana panu konterfektował. I podchodził do tego za- dania ze spokojną, aczkolwiek szorstką rzetelnością. Widział swego modela takim, jakim on był napraw- dę: nie stać go było na panegiryk, na krytykę nie śmiał się ważyć. Zdejmował z modela wizerunek, tak jak jego cechowy kolega zdejmował zeń miarę na kontusz, pancerz czy buty. Działała zawodowa uczci- wość. Ale warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden element: na równie zawodową rutynę oraz na pewien większy lub m niejszy stopień nieudolności. Bo to nie był artysta, w tym sensie, w jakim m y to słowo rozu- miemy. On nie tworzył, ale wytwarzał i dlatego tak wiele ostatnio prac o „pierwowzorach graficznych” obrazów sarmackich, bowiem owi malarze, a także rzeźbiarze posługiwali się wzorcami, skąd czerpali pom ysły i chw yty kompozycyjne. Tak jak dziś ich późni wnukowie: krawcy posługują się rozmaitymi specjalistycznymi wydawnictwami, zwanymi popu- larnie „żurnalami”. Podstawowym zadaniem malarza było wykonywanie świętych obrazów, tego rodzaju temat wchodził do żelaznego repertuaru „majstersztyków” wykonywa- nych przy wyzwalaniu się na mistrza. Tym malar- stwem, które po reformacyjnym kryzysie w połowie XVI w. powróciło już było do swych dawnych, po- wszechnie akceptowanych sposobów wypowiedzi, rządziły określone prawidła. Epoka potrydencka nie tylko odrodziła, ale wzmogła kult Matki Boskiej, do starej gwardii św iętych przyłączyła nowych, a wątki ikonograficzne, nawet te całkowicie świeże, podpo- rządkowała pewnym umownym rygorom, pewnym prawidłom ideowo-kompozycyjnym. Proszę zwrócić uwagę, jak stosunkowo rzadkie są w malarstwie sarmackim rozbudowane, wielofigu- rowe sceny. To tylko Dolabella specjalizował się w tych tłum nych kompozycjach, u jego uczniów wenecki impuls uległ wyciszeniu, podobnie jak nie podjęli go następcy Hana i Strobla na północy kra-
Magnat ma więcej atrybutów
ów zwis kotary, fragment kolumny, nawet okna, nawet perspektywy na pałac lub wojenny namiot. Rzeczywisty jest tylko stół, stojący pod ręką, bo- wiem magnat posiada więcej atrybutów niż św ięty i wszystkich utrzymać nie może. Przede wszystkim trzeba gdzieś zawiesić kartusz herbowy, niezbędne jest insygnium władzy — buława, laska czy jeszcze coś innego, dalej insygnium stanu — broń, czasem świadectwo pobożności — krucyfiks lub księga, dob- rego smaku — jakiś ozdobny przedmiot, wyjątkowo też zaakcentowana jest świadomość przemijania cza- su i wieczności: klepsydra. No a czapka? Czapka rzecz cenna, futrzana przecież i z trzęsieniem, więc skoro cały czerep rubaszny zaprezentować wypada malarzowi-widzowi, to czapki lekceważyć nie moż- na, położyć ją na stół między inne atrybuty wypada. Andrzej Ryszkiewicz przypomniał niedawno, że na pewnym portrecie pewnego Jabłonowskiego, który właśnie czapki przed Matką Boską uchylał, ona zwracała się doń rodzinnie i po francusku: „ Cou- vrez-vous mon cousin”. W tych wielkich, reprezentacyjnych portretach ra- czej wyjątkowo, ale również pojawiają się mini- scenki w roli atrybutów dodatkowych. Są to głów - nie aluzje do orężnych przewag i ciekawe, że w y- stępują zwłaszcza w tej epoce, w której Sarmaci takowych prawie już nie odnosili. Widzimy to w dwóch obrazach ze zbioru Muzeum Narodowego w Kielcach, które malował Antoni Misiowski. Owa batalistyka towarzysząca Aleksandrowi Jabłonow- skiemu i Franciszkowi Wielopolskiemu nie ma żad- nego bezpośredniego odniesienia do rzeczywistości, są to znaki lub — może słuszniej — pismo obrazo- we. Damy wykazują bardziej ograniczoną, ale jedno- cześnie znamienną kolekcję atrybutów: księga to pobożność, rękawiczki — wytworność, kw iaty — aluzja do osobistych wdzięków, o herbie nie wspo- minam, bo bez niego w ogóle obejść się nie sposób. A le często damy te niczego nie trzymają, jak na
przykład jedna z córek Sebastiana Lubomirskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie, ale w owym nietrzymaniu demonstrują jednak i to coś z uwagi na ich płeć istotnego: strojność, bogactwo, „dobry smak”. Lubomirska niby to składa skromnie ręce na podołku, ale gest ten jest przeznaczony dla bran- solet skuwających przeguby, dla palców, które niby niechcący plączą się między ciężkie ogniwa złotego łańcucha. Przykłady znaczących póz i sakralizowanych atry- butów można mnożyć bez liku. Pozostańmy przy dwóch, szczególnie znamiennych, a chyba wyszłych spod jednego pędzla anonimowego jak dotąd mala- rza: są to w zbiorach poznańskich znajdujące się portrety Marcina Borowskiego, starosty grudziądz- kiego i Anny Nadolskiej, kasztelanowej rawskiej. Starosta trzyma i wyraźnie demonstruje widzowi zegarek. Nie, nie chodzi o aluzję do upływu czasu, jak w przypadku portretu jednego z proboszczów w żywieckim Rychwałdzie, Borowski po prostu chwali się owym drogocennym, bogato zdobionym cackiem. Zegarek jest zamknięty: nie czas się liczy zaplątany w jego trybiki i sprężynę, ale perły, dro- gie kamienie i złoto. Kasztelanowa gestem wyraźnie kokieteryjnym poprawia na głowie kwef. Kokieteria idzie dalej, sąsiadując z pobożnością, o której może świadczyć książka, zapewne do modlenia się, a jeśli nawet nie do modlenia się, to jest jeszcze i różaniec leżący na stole, sąsiadujący zgodnie z ... wachlarzem. Jednym słowem tak pojęty portret stara się być dziełem wiecznotrwałym, w yjętym z historii, z czasu konkretnego, kontekstu sytuacyjnego. Jest świeckim odpowiednikiem świętych obcowania. Ten typ portretu reprezentacyjnego przeszczepiony został na kresy Sarmacji i na Ukrainie wyhodował uboczną progeniturę: „parsuny” kozackich atamanów i dostojników cerkiewnych. I już sama ta nazwa po- twierdza moją tezę — jest kongenialna w stosunku do owych znakomitych malowideł, do tych św ię- tych na poły obrazów, co już nie ludzi przedsta-
Schematy portretowe
Kozackie „parsuny”
Więc oni bali się śmierci, ale w jej fizycznym i ma- terialnym wymiarze, jako choroby, cierpienia, jako zatraty ciała, zmysłów, a także dóbr i stanowisk. Natomiast nie bali się jej prawie wcale w sensie eschatologicznym. Patrząc im w malowane oczy, człek nabiera przekonania, że oni „po tamtej stro- nie” pewni są opieki, wstawiennictwa. No bo święci, nawet jeśli pochodzili z najniższego stanu, kano- nizacją dopracowywali się także nobilitacji. A więc czekało tylko wejście do nowej, ale w gruncie rzeczy tej samej rodziny. Tedy nie mieli czego się wstydzić i niczego nie po- trzebowali ukrywać: ani owych nieforemnych cza- szek, kluchowatych rysów, chamskich w gruncie rzeczy gąb, ba, nawet defektów przyrodzonych lub nabytych — kalectw, skutków nałogów... Także ko- biety ich, jeśli zawierzyć portretom, rzadko olśnie- wały urodą. Urodziwsze po stokroć są w tych kon- terfektach szaty, bronie, ozdoby. Cóż więc z tego wynika? Że mamy niepowtarzalną galerię sarmackich głów, że ręce były konwencjo- nalnymi dzierżycielami atrybutów, a reszta? Kobiety nie posiadają jej wcale: ich ciało ukrywa się za szczelnym rusztowaniem szaty. Mężczyźni...? No więc oni, jak się zdaje, mieli ciało. Mamy na to do- wód pośredni, bowiem bezpośrednio nie było ono eksponowane. Ono się jedynie uwypuklało. A w łaś- ciwie jego jedyna część: brzuch. Przedstawiciele innych nacji mieli przede w szyst- kim klatki piersiowe, ramiona, bary, umięśnione łydki i uda. Mieli też genitalia, a brzuch spełniał rolę pośrednią i niesamoistną. U Sarmatów nastąpiła nie- jako autonomizacja brzucha, przypadła mu w udzia- le ważna funkcja, stał się nosicielem dostojeństwa w sensie przenośnym, przez swą majestatyczność i w sensie dosłownym, jako miejsce, na którym 'wią- zało się pas i przy którym wieszało szablę — atry- but stanu. Że brzuchy były illo tempore prawdziwie królewskie, wiem y po Władysławie IV i Janie III,
Chamskie gęby szlachciców
Brzuch nosicielem dostojeństwa
Narzekanie na wykwintność
a za tym wzorem szli i pomniejsi królewięta, i zw y- czajni szaraczkowie. U Sarmatów nigdy nie było pełnej jednomyślności, a więc zdarzali się i tacy, którym się ta majesta- tyczna hipertrofia nie podobała, jak na przykład Hiacyntowi Przetockiemu: Po usarsku się nosisz, wykręcasz obuchem, A tyś ciężka niew iasta z tym w ielkosnym brzuchem. Pódźże stąd między baby, tam czekaj połogu! Weź kądziel, prządźże, moja, siadszy w pieca rogu. Albo księdzu Bace: Żal mi klocu! Brzuch machina Rozpłynie się jako glina. Drżysz z febry, A cebry Nie zmylisz, Wychylisz. Przyczyna bezpośrednia owej monumentalności tkwiła w tradycji sarmackiej. Oni zawsze (podobnie jak my) lubili „pojeść”. Dostojnie, ale obficie. Prosto, ale tłusto. Oczywiście i tu malkontent Krzysztof Opaliński narzekał, ale jakże znamienne te wyrze- kania: (...) tymczasem papinkami karmią. Uchowaj Boże inszej potrawy dziecięciu, Tylko co się na -ątko zwykła terminowość, Jak to: gołąbiątko, kurczątko, cielątko. W ołowego nie dać mu mięsa ani grochu, Trucizna nie może być dziecięciu gotowsza; I tak m iędzy onymi roście białogłowy Sardanapalę młode, tracąc zdrowie, .wszytkę Na koniec i czerstwość, i ochotę do cnoty, Bo zmarnieje w w ięzieniu dziwczym, niż doroście. Otóż to: jedzenie powinno być zdrowe i tęgie: wo- łowina, groch... N iew iele znajdzie się w sarmackiej literaturze przygan na obżarstwo, za to nierzadkie są utyskiwania na wykw intniejsze przysmaki, na obcokrajowe mody kulinarne. Daniel Naborowski:
Dobra Włochowi żaba, a do niej sałata, Lecz Polakowi sztuka mięsa zawsze grata,
Delikatne Roksolanki
A teraz spróbujmy spojrzeć na nie od strony owych słodkich tajemnic, które gwa- rantując ciągłość gatunku, jednocześnie w poważ- nej mierze ukonstytuowały naszą nadbudowę, uzew - nętrzniającą się w westchnieniach poetów, niedy- skrecjach malarzy i zacietrzewieniach Pigmalionów. Cokolwiek bowiem powiedzielibyśmy o duszy, to i tak wszystko zaczyna się od ciała i z tego bierze początek. Szczególnie ważne było zawsze ciało kobie- ce, męskie w zakresie erotyki spełniało jedynie określoną funkcję, nie stając się przedmiotem ado- racji. Zacznijmy więc od ciała kobiecego i od jego obnażania. Pradawny topos obnażania, pradawna figura prze- ciwstawności stroju i nagości nieobca była Sarma- tom. „Niechaj się insze w bogate stroją złotogłowy, Niech skarby na się biorą, niech bryżują głowy Tak rozpoczyna się jedna z Roksolanek Szymona Zimorowicza, jak w iele innych urocza, pełna deli- katności i owej aury tęsknoty za nieznanym, co się przejawia w samym tytule zbioru. Bo wprawdzie owe Roxolanki czyli Ruskie panny są równie umow- ne jak bohaterowie commedia delVarte, ale przecież ujawniają marzenia owego lwowskiego mieszczanina do czarnobrewnych i słodkogłosych piękności, co zaludniały podchodzące do bram miasta, ale na- leżące już do innego świata stepy ukrainne. Po- wróćmy do wiersza: Przeto milszaś ty u mnie, nadobna dzieweczko, Gdy się z prosta ubierzesz w cieniuchne giezłeczko, Niżeli niepozorna panna, chociaż szatna: Milszaś ty mnie w koszuli, dziewczyno udatna. Jeżelić i ta cięży, zrzućże ją ze siebie, I bez niej, ma pociecho, przyjmę ja ciebie. To doprawdy ładne. I delikatne. I sielankowe. A za- razem nie znajdujemy tu niczego poza umownością. Żadnej namiętności, żadnego napięcia. Spróbujmy zestawić to z innym, współczesnym Zimorowiczowi
tekstem, który powinno się cytować w całości — bowiem każde wyrwanie części jest okaleczeniem wspaniałej jedności, decyduję się jednak na ową amputację w nadziei, że zainteresowanego skłoni to i tak do odnalezienia pełnego oryginału: Zrzuć pasek, Pani, jak noc gwiezdna lśniący, Piękniejszy przecie św iat zamykający. Rozepnij gorset, który przed głupcami I natrętnymi chroni spojrzeniami.
Suknia, gdy spada, widok ukazuje, Jak kiedy z łąki cień się ześlizguje. Odepnij czepek, niech włosy splecione Płyną, swobodną kształtując koronę.
Pozwól, niech dłonie nasycą się tobą, Ponad, pomiędzy, poniżej i obok. O Ameryko! Mój lądzie nieznany, Tyżeś ode mnie jeno zamieszkany. Cesarstwo moje! Na ziemi i w niebie Błogosławiony, który odkrył ciebie!
Patrz, jestem nagi; daję przykład tobie; Czy chcesz mieć więcej ode mnie na sobie?
Może takowe par agonę jest niezbyt fair w sto- sunku do młodziutkiego poety z miasta, stojącego na pograniczu cywilizacji, w stosunku do poety, który nie dożył większych doświadczeń, nie zyskał głębszych nauk, nie dorobił się stanowiska jak John Donne — dziekan katedry św. Pawła w Londynie, którego nam tak pięknie przyswoił Jerzy S. Sito. Ale mnie nie chodziło o deprecjonowanie naprawdę zdolnego młodzieńca z Sarmacji, chodziło wyłącznie 0 porównanie dwóch klimatów, jakże odmiennych 1 paradoksalnych, skoro prawdziwe upały rozpalały serce w deszczowym Albionie, narzucając pewną re- zerwę, a więc niezupełnie uświadomiony chłód na gorącym pograniczu stepów. Aby nie było wątpliwości, jakiemu celowi służą po- dobne zestawienia, niech mi raz jeszcze wolno będzie przywołać czołowego poetę szkoły metafizycznej, jego polskiego tłumacza i odwieczny, równie jak po-
Suknia, gdy spada...
Krok ciasny, usta równe, wcięta w pas jak łątka, Nos mierny, głowa mała, niewielkie drażniątka, Zad i udy subtelne, cyś jak najjędrniejszy, Warga, palec, w łos im jest cieńszy, tym piękniejszy.
W zasadzie niewieleśm y zyskali informacji. Prze- wagę mają ogólnoeuropejskie stereotypy. Można co najwyżej zadziwić się, że takim powodzeniem cie- szyły się wówczas możliwie najcieńsze wargi. No i dowiadujemy się, że jednak ceniono sobie nie- które nader przyjemne części ciała niewieściego, że miano dla nich tak miłe i niesłusznie zapomniane określenia, jak... drażniątka. Tenże sam Karmanowski pozostawił nam inny jesz- cze, nieco obszerniejszy opis:
Pierś ma jak mamka dostatnie wykładać, Zad mieć rozbity, dać śm iele dosiadać, Żeby jak pani pyszno szedł, a składem By był podobny, a zarywał zadem. Głos rześki, w ięc brzuch, co go pas nie zsięże I członki zdrowe, to są rzeczy księże, Włos gniady, czoło panieńskie i kosa, I ubiór strojny (...)
W tym opisie konia o wiele mniej napotykamy kon- wencji, o w iele więcej naturalnego umiłowania owych zwierząt, które przez tyle wieków towarzy- szyły historii Sarmatów. A kobieta? Czyż ona tej historii nie towarzyszyła? Czyż zgoła jej nie współ- tworzyła? Tak, ale o koniu można było mówić bez jakichkolwiek zahamowań, bez rumieńców i bez paskudnego mlaskania. - W owym konwencjonalnym modelu Sarmatki, a jednym z jego licznych przykładów jest cytowany na początku fragment Morsztyna, występują niedo- określone rysy i kształty oraz cztery kolory podsta- wowe: biel (śnieg, mleko) to płeć, czerwień (krew, rubiny) to usta, błękit (morze, niebiosa) to oczy i wreszcie złocistość (zboże, miód) to włosy. Poza ową konwencjonalność poeta wychodzi bardzo rzad- ko. Udaje się to wyjątkowo temuż Morsztynowi, gdy górne porównania sprowadza do czułych przestróg:
Cztery kolory
Ciągłość i zmiana w modzie
Upiększanie defektami
Strzeż tego, żeby jako płci pieszczonej, Śniegowi równej i mleku rodzonej. Piegi nie pstrzyły i przykra (dla Boga!) Nie opaliła w południe śrzeżoga. Ogólnie więc wydawać się może, że Sarmaci — nieco młodziankowaci w swym stosunku do kobiecego cia- ła — wiele satysfakcji znajdowali w ubiorze nie- wieścim, który jak na to wskazałem powyżej, był idealnym zamaskowaniem ciała, a więc pyszniąc się, jednocześnie obiecywał niemniej wspaniałe, choć zupełnie różne tajemnice. Ale z modą now y kłopot. Sarmatyzm bowiem za- kładał wiecznotrwałość, sarmackie wyobrażenie hi- storii zakładało jakąś ciągłość formy. Kobiety zaś, nawet Sarmatki, reagowały na pow iewy mody. Więc je strofowano, jak ów Anonim, który popełnił przy- długi wiersz pod przydługim tytułem: Heraklit próż- ność m ody dzisiejszej opłakuje i na nią przyczyn y boskiego karania składa. Przestroga jest poważna i dmie na alarm w narodową trąbę: (...) jak po śliskim ledzie Na modzie do ruiny w szelkiej Polska jedzie.
Co tak strasznie oburzyło Anonima? W czym upat- rywał katastrofę kraju? Nie bardzo jasno wynika to z wiersza. Znajdujemy tam następujący passus:
W roku tym, gdy piszę, w samo Boże Ciało, W Haczowie, mila z Krosna, to się cudo zstało: Uderzył z nagła piorun, zausznice skruszył, Ogień k w ef cały spalił, a w łosów nie ruszył.
Można stąd wnosić, że jednymi z kamieni obrazy były dla Anonima zausznice i kwefy. Hm! O w iele większą furię w yw oływ ała u niego moda noszenia niewinnych skądinąd „much” („Która na wdzięcznej twarzy sprośne m uchy lepi (...)”. Przyznaję autorowi rację, że upiększanie się imitacjami naturalnych de- fektów (bo czymże jest „mucha”, jak nie imitacją brodawki) to jest coś, co tylko mężczyźni mogli w y - m yślić dla kobiet, a one przyjąć za dobrą monetę. Ale czy było o co drzeć szaty? W owym wierszu jest
Pomyje — tak, ale n ie- mrawe?
A słusznie, bo m iał bindas tak dostały, Żeby był nie w lazł w żadne farmurały. Figlarne uśmiechy, żarty puszczane „dobrym towa- rzyszom gwoli”, cała ta sfera seksualnego humorku była niczym więcej, jak wyrazem młodziankowatej niezmiennie duszy sarmackiej. Przechylała się jed- nak często w wulgarność i — rzecz ciekawa — od żartów aprobujących pewne czynności wykonywa- ne wspólnie przez kobietę i mężczyznę przechodziła do absolutnej negacji, do jakiegoś kompleksu anty- seksualnego. N ow y Sowizrzał tak oto karykaturyzuje kobietę: Piersi jako wołowe, nadęte pęcherze, Gdzie się jeno obróci, wszytko w zadku gmerze, W opasaniu subtelna jako piwna beczka, Jednem słowem, wierę, jak kształtowana dzieweczka. ...i tak dalej, i tak dalej. Daniel Naborowski w ylał na głow y „złych bab” całe kubły pomyj spisanych trzynastozgłoskowcem ijudnym i niemrawym. Oto celniejsze fragmenty: Babo niem iłosierna, która jad wydawa, Babo, na której skóra, jak żaba chropawa, Babo smrodliwa, pełna plugastwa wszelkiego.
Pijanico wierutna, zamtuzie wytarty, Która cycem obwisłym karmisz młode czarty.
Babo, która gdy puścisz wiatr z zadu sprośnego, Pukasz właśnie jak z działa gnojem nabitego. Dosadność języka nie powinna tu dziwić. Toć na- prawdę subtelna i zdolna do wyrażania niekłamanie wzniosłych uczuć — the first (i zarazem, eheu, the last) lady poezji starosarmackiej — Elżbieta Druż- backa, łając.ateistę, takimi się doń zwracała słowa- mi: A tyś znać stworzon z piekielnych waporów, Z siarki, saletry, z dziegciu i ze smoły, Gdzie się obrócisz, tam pełno fetorów, Przez co przed tobą zam knięte kościoły. W szyscy przyznają głosem jednostajnym, Żeś się powinien zwać czartowskim łajnem.
Dopiero za króla Stasia Sarmaci, i to nie wszyscy, nauczyli się eleganckiej omowności. Więc nie o gru- be słowa tu idzie, ale o postawy. W dalszym ciągu nie mogę serwować argumentów za rzeczywistym istnieniem ciała sarmackiego, nie mogę też zgroma- dzić ich na rzecz pewnej hipotezy, którą chciałbym przedstawić. Mniemam, że u Sarmatów z erotyką by- ło podobnie jak z jedzeniem: ceniono jego prostotę i obfitość, ceniono jego naturalność i nie uważano, aby należało o tym mówić na serio. Żarty były do- puszczalne, podobnie jak konwencjonalne westchnie- nia stosowane w części wstępnej ceremonii. W yczy- tałem gdzieś nie tak dawno, że mieszkańcy Trzecie- go Świata, przynajmniej niektórzy, figurę erotyczną najprostszą, najpopularniejszą na naszym kontynen- cie, nazywają „pozą misjonarską”. Podobno w ich życiu nie występowały przedtem pozy preferowane i dopiero Europa, wraz z innymi dobrodziejstwami cywilizacji, przekazała im zróżnicowanie form upra- wiania miłości. Oczywiście zróżnicowanie wartościu- jące. Przypuszczam, że Sarmaci także zachowywali hierarchię póz, że „poza misjonarska” nabiera w ich wypadku głębszego znaczenia, rozciąga się bowiem na ich kondycję psychofizyczną. Można już w samym języku stwierdzić owe dwa równoległe, choć tak różnorodne nurty psychicz- nych dyspozycji, ową dwojakość sarmackich „hu- morów”, która manifestując się właściwie wszędzie, jakżeby miała ustąpić z tak ważnej domeny ludzkiej aktywności. Po jednej stronie jest więc subtelność, zaciśnięta wprawdzie w fiszbiny konwencji, ale mi- mo wszystko zdobywająca się na wyraz szczerych i prostolinijnych uczuć. Stosunki między kobietą a mężczyzną były w Sarmacji nieskomplikowane, ale to nie znaczy, aby nie były piękne. Ich proste, ale zdrowe jadło i ich prosta, ale trwała miłość są so- bie w jakiejś mierze podobne. O trwałości związków między ludźmi płci obojga informują pamiętniki, in- formuje znakomita epistolografia staropolska, zgro- madzona w wyśm ienitym wyborze przez Hannę Ma-
Erotyka prosta i obfita...
... a czasem piękna i trwała